“Zimna wojna” [recenzja]

Opinie, zarówno recenzentów, jak i tych przeciętniejszych odbiorców kultury  na temat „Zimnej wojny” Pawła Pawlikowskiego są niezwykle jednomyślne. Majstersztyk, najlepszy polski film, pozycja obowiązkowa dla każdego, absolutnie idealny pod każdym względem. Nie mogę niestety zgodzić się ze wszystkim.

Słowem wstępu, zanim o samym filmie. Paweł Pawlikowski otrzymał na tegorocznym festiwalu w Cannes Złotą Palmę, nadając mu tytuł najlepszego reżysera. Jest on, jak na razie, jedynym Polakiem uhonorowanym tą nagrodą. Tyle informacji dla ludzi, którzy swoje miejsce zamieszkania mają pod kilkutonowym głazem.

Wracając do samej produkcji – „Zimna wojna” to historia trudnej miłości osadzonej w tytułowym okresie historycznym. Miejscowo przemieszczamy się wraz z bohaterami głównie pomiędzy Polską, Paryżem, Berlinem oraz innymi, bardziej epizodycznymi lokacjami takimi jak Jugosławia. Fabularnie przyjdzie nam śledzić Wiktora (Tomasza Kota),  Zulę (Joannę Kulig) oraz jak słusznie się domyśliliście niezwykle intensywne uczucie pomiędzy nimi. To rozkwitło już przy pierwszym spotkaniu. Wiktor, będący utalentowanym kompozytorem, przesłuchuje ludzi na wyniszczonym Mazowszu, w celu stworzenia zespołu ludowego. No i oczywiście- ona urocza, z niejasną przeszłością, on niespełniony artysta, szybko zdają sobie sprawę, że są dla siebie stworzeni, a cały świat jest przeciwko nim. Brzmi znajomo?

Historia filmu, pomimo, że ubrana w bardzo istotną dla nas, Polaków, otoczkę jest mimo wszystko kolejną opowieścią o nim, bardzo zakochanym i niespełnionym, i o niej, o femme fatale, igrającej ze wszystkimi dookoła, i znowu o nim, bowiem jest w stanie poświęcić wszystko dla niej. Żelazna kurtyna, wyniszczona Polska oraz niezwykła wręcz intymność i osobistość całego dzieła dla autora stanowią cudną ramę, ale nie zmieniają obrazu, który nie zmusza nas, odbiorców, w żaden sposób do refleksji.

Zostając przy analogii do obrazu, to został on namalowany w sposób absolutnie mistrzowski. Paweł Pawlikowski ponownie pokazał nam, że jest istnym koryfeuszem reżyserii. Film utrzymany jest w ciasnym formacie 4:3 oraz czarno- białych barwach. Sceny dynamiczne przeplatają się ze spokojnymi w idealnej proporcji, praca kamery, kadry są rewelacyjne. Brak tu dłużyzn czy niedociągnięć. Krótko mówiąc – reżysersko wszystko jest dokładnie tak jak być powinno.

Nie sposób tu też nie wspomnieć o grze aktorskiej – ta jest bowiem także na najwyższym poziomie. Tomasz Kot oraz Joanna Kulig tworzą świetny, naturalny duet, który niezwykle przyjemnie się ogląda. Ponadto na uwagę zasługuje Borys Szyc, który wciela się w rolę typowego dupka-aparatczyka (przepraszam za takie sformułowanie, jest ono tu jednak nieprawdopodobnie trafne). Ten nie zobaczy absolutnie żadnych przeszkód, aby zespół ludowy śpiewał o wielkim Stalinie czy najnowszych osiągnięciach niemalże równie wielkiej Moskwy. Aktorsko wszyscy dotrzymują sobie kroku.

Podsumowując, „Zimna wojna” jest bardzo dobrym filmem o nie tak już dobrej historii. Niewątpliwie warto go zobaczyć, aby docenić geniusz Pawła Pawlikowskiego i zrozumieć, że tegoroczne Palme d’Or dla najlepszego reżysera trafiło w odpowiednie ręce.

Adam Buziński