Michał Choma: Trzy kroki od historii

Źródło: arsenal.com
Luka Milivojević dla przeciętnego fana Premier Leauge jest zawodnikiem kompletnie nierzucającym się w oczy. Kapitan Crystal Palace niedzielnym meczem na pewno zaszedł za skórę kibicom innego londyńskiego klubu. To właśnie Serb wykorzystując dwa rzuty karne ustalił wynik na 2:2 i tym samym zakończył passę zwycięstw Arsenalu. Licznik zatrzymał się na jedenastu kolejnych zwycięstwach. Do pobicia klubowego rekordu zabrakło zaledwie trzech triumfów. Patrząc na terminarz Kanonierów wydawało się, że to Liverpool jest drużyną, która ma największe szanse na ich zatrzymanie. Zespół, który w bieżącej kampanii jeszcze nie strzelił gola na własnym stadionie, pogrzebał marzenia podopiecznych Unaia Emery ’ego właśnie na Selhurst Park.

Wydawać by się mogło, że te spotkanie to tylko formalność dla świetnie grających Kanonierów, ale Orły postawiły ciężkie warunki. Potwierdzają to statystyki, Mesut Özil i spółka oddali raptem 7 strzałów, podczas gdy Orły uderzały 11 razy na bramkę Bernda Leno. Jednak ten mecz pokazuje przede wszystkim jak gra ekipa Arsenalu. Pierwsze połowy poświęcają na „wybadanie” przeciwnika, dając mu grać swoją piłkę i grzecznie czekają aż przyjdzie ich kolej. Statystyki to potwierdzają. Jeśli spojrzymy na samą Premier Leauge to Arsenal w tym sezonie ani razu nie schodził do szatni na przerwę wygrywając. Druga część spotkania to już jest spektakl drużyny Hiszpańskiego szkoleniowca, w którym przeciwnik pełni rolę statysty. Niedzielny mecz to raczej wyjątek potwierdzający regułę, a wynik to w dużej mierze zasługa lekkomyślności Granita Xhaki. Nie ratuje go nawet piękny gol. Sam winowajca jest tego świadom i powiedział „To proste. Moim zdaniem to ewidentny rzut karny, ponieważ dotknąłem kolana przeciwnika”.

Pomimo tej wpadki, żeby przypomnieć sobie tak skutecznie i dobrze grającą dla oka – drużynę z północnego Londynu, trzeba się cofnąć o co najmniej kilka sezonów. Niezwykle zabójczy atak ze świetnie współpracującymi Lacazettem i Aubameyangiem, kreatywna i wybiegana pomoc na czele z Lucasem, a do tego solidna jak na Arsenal defensywa, to elementy, które od lat nie współgrały tak dobrze na Emirates. Trzeba również pamiętać o tym, że prawdopodobnie to nie jest pełnia możliwości tej kadry. Kontuzje cały czas nękają piłkarzy grających z armatką na piersi. Na ten moment  gabinety lekarzy okupują Nacho Monreal, Sead Kolasinac oraz Laurent Koscielny. Podczas ostatniego meczu urazu nabawił się również Hector Bellerin.

Mimo to, trzeba jasno zaznaczyć, że na razie, celem Kanonierów nie jest walka z Liverpoolem czy Manchesterem City o mistrzostwo, a raczej bój o cztery pierwsze miejsca premiowane grą w Lidze Mistrzów. Dostać się do tych rozgrywek mogą w jeszcze jeden sposób, a mianowicie wygrywając Ligę Europy. Remis na łatwym terenie nie powinien też przesłaniać obrazu dobrej gry podopiecznych Emery’ego. Szkoleniowiec pracuje w klubie od czerwca, a wygląda na to, że zdążył uporać się z większością kłopotów, które zostawił po sobie Arsène Wenger. Jest to równie imponujące, co seria 11 zwycięstw.

Z całym szacunkiem, ale Luka Milivojević to zawodnik, który (prawdopodobnie) nie zapisze się w historii ligi angielskiej na wiele lat. Z pewnością za to, aktualni zawodnicy Kanonierów będą go pamiętać przez co najmniej kilka miesięcy, czyli do momentu, w którym znowu osiągną pokaźną serię zwycięstw. Wówczas albo ktoś inny pokrzyżuje im plany, albo tym razem zapiszą się w klubowej historii.