Niezbędnik turysty – Londyn

Zawsze mnie kusiło, aby powrócić do Londynu – dziesięć lat temu udałem się tam na (gimnazjalną) tygodniową wycieczkę  i czułem niedosyt. Gdy dotarłem do miasta po raz drugi, w 2018 roku, zdałem sobie sprawę, że część rzeczy zapamiętałem z niezwykłą dokładnością. Wobec innych totalnie się myliłem. Oto moja krótka notatka po 72 godzinach w najsławniejszym angielskim mieście, z uwagami dla przyszłych podróżników decydujących się na ten kierunek.

Wysiadam z samolotu w Luton (oddalonym od stolicy o około 40 km). Zaskoczeniem nie była brzydka, szara brytyjska pogoda, tylko brzydkie, szare brytyjskie lotnisko.Remontowana, ubogo oznaczona placówka nie ułatwiała podróżnym zorientować się co dalej ze sobą począć. Jednak po chwili błądzenia odnalazłem zarówno punkt dystrybucji biletów autobusowych, jak i sam środek transportu. 45 minut drogi i przekroczyłem tablicę z dumnym napisem Londyn.Wówczas przesiadłem się do komunikacji miejskiej, dzięki niej dotarłem do hotelu. Warto jednak zatrzymać się przy tym – jak poruszać się po mieście.Najstarsze na świecie metro wciąż istnieje i w dalszym ciągu pozostaje najszybszym sposobem na dostanie się z punktu A do punktu B. Podziemną kolejką można dotrzeć do większości ważnych miejsc, chodzi całkiem szybko i nigdy nie zdarzyło mi się czekać dłużej niż 5 minut na stacji. Natomiast wizualnie bardzo dużo zależy od tego, na której linii się znajdujemy. Przykładowo na granatowej Picadily (każda nitka ma swój kolor oraz nazwę) ściany przy torach były niejednokrotnie zaniedbane, a wagony potrafiły „skakać” na każdej nierówności szyn. Czarna Northern natomiast była świeższa, nowocześniejsza, a sama kolejka bardziej komfortowa.Po mieście jeżdżą też rzecz jasna słynne – dwupiętrowe, czerwone autobusy, z których korzystałem raczej sporadycznie.Ani to pogoda, ani sprawny system metra nie zachęcały do korzystania z naziemnych pojazdów. Muszę jednak przyznać, że co do ich funkcjonowania nie mam żadnych zastrzeżeń. Na ulicach oczywiście można znaleźć nie mniej rozpoznawalne- czarne taksówki. Z ich usług nie korzystałem – ceny w Londynie są bowiem nieco wygórowane o czym będę miał okazję jeszcze wspomnieć. Jeśli chodzi o lokum nie widzę sensu zbytnio się rozpisywać – wybór pokoju, czy też apartamentu zależy przede wszystkim od tego w jakim stopniu się wykosztujemy, a w samej stolicy nietrudno znaleźć miejsce do spania.

Skupmy się więc na samym mieście. Zacznę od tego co, jak się okazało, najtrafniej zapamiętałem. Londyn jest brudny. Na ulicach są śmieci, w autobusach syf, a kosze na śmieci umieszczane są sporadycznie. O ile centrum trzyma poziom, to im dalej w obrzeża, tym więcej odpadów, a mniej miejsc, gdzie można je wyrzucić.

Drugim problemem miejskich ulic jest ogromna ilość bezdomnych. Widząc za rogiem kawałek koca możemy być bardziej niż pewni, że ktoś pod nim śpi. Można ich spotkać praktycznie wszędzie– od małych alejek, przez parki, aż po przejścia podziemne i najczęściej uczęszczane deptaki. Miasto zdaje sobie sprawę z powagi problemu – nie minęły dwie godziny w Londynie, gdy otrzymałem ulotkę – „Zbieramy ciepłe ubrania dla tych, którzy ich nie mają. Nawet stara parka może kogoś ocalić! Pomóż im przeżyć zimę!”. Nie są oni jednak agresywni, ani namolni. Owszem, niejednokrotnie żebrzą, ale nie prowokowali żadnych niebezpiecznych sytuacji.

Jak są ulice i ludzie to nie sposób nie wspomnieć o multi-kulturowości. Ta jednak nie jest aż tak widoczna. Oczywiście – widać przedstawicieli praktycznie wszystkich wyznań i ras. Nie są oni jednak wszędzie. O co chodzi? Londyn jest ogromnym miastem. Poszczególne grupy przeważnie zajmują „swoje rewiry” i w nich się trzymają. Tam tworzą chociażby lokalne sklepy z bardziej dostosowanym dla pobliskich mieszkańców asortymentem, a nawet mówią w innym języku. Mojemu zdziwieniu nie było końca, gdy z okien autobusu zobaczyłem szyld „Polskie delikatesy”(tekst nieprzetłumaczony). Była to bardziej niż ewidentnie dzielnica polsko –żydowska. W okolicy było wielu tzw. „ortodoksów”, a poza polskimi szyldami widać było też te z hebrajskim alfabetem.  Podsumowując wątek multi kulti – spotkasz każdego, ale nie w każdym miejscu.

To co jednak ujrzysz w każdym miejscu to totalny brak poszanowania dla sygnalizacji świetlnej przez pieszych. Kolor światła nie wydaje się być nawet sugestią do tego – jak się zachować przed przekroczeniem jezdni. Najlepszym przykładem jaki widziałem było zachowanie pieszego patrolu policji. Ten nie tylko ignorował ludzi przechodzących pomimo jaskrawej czerwieni bijącej w oczy. Sami podążyli za nimi, absolutnie nie zwracając uwagi na wykroczenie, które popełniają.

Przejdźmy do tego co w Londynie warto zobaczyć – atrakcji jest bowiem bez liku. Nie mógłbym pominąć tutaj  oczywistych „landmarków”, które mamy w głowie gdy tylko myślimy o tym mieście. Jednakże myślę, że Big Ben, Trafalgar Square czy Buckingham Palace nie wymagają specjalnego opisywania – dlaczego warto je zobaczyć. Pamiętajmy jednak, że można to zrobić indywidualnie bądź na freewalking tourach, które gorąco polecam.

 Moje zwiedzanie zacząłem od British Natural History Museum. Miejsce poświęcone biologii w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu. Są wystawy poświęcone poszczególnym grupom organizmów, człowiekowi, minerałom. Eksponaty są niezwykle zróżnicowane: skamieniałości, wypchane zwierzęta, interaktywne panele, monitory z nagraniami, ruchoma replika tyranozaura, zdjęcia, opisy rozlokowane na dwóch ogromnych  piętrach.„Ogarnięcie” miejsca zajmie kilka godzin, natomiast dokładne przestudiowanie wszystkiego – pewnie więcej niż jeden dzień. Co ciekawe za to wszystko nie wydamy ani pensa – chyba, że będziemy chcieli. Muzeum nie sprzedaje żadnych biletów, można co najwyżej wpłacić datek do „skarbonki” na rozwój placówki.

Podobny model mają też inne najważniejsze londyńskie muzea – British Museum jest pozycją absolutnie obowiązkową dla fanów historii, ale nie tylko.Powierzchnią i różnorodnością eksponatów dorównuje British Natural History Museum. Tematycznie rzecz jasna bardzo odbiega – są to przede wszystkim antyki z praktycznie wszystkich kultur i okresów historycznych. Na co zwrócić szczególną uwagę? Nie mógłbym zacząć od niczego innego niż Hoa Hakananai. Nie googluj Drogi Czytelniku, już tłumaczę. Kojarzysz te wielkie głowy z Wyspy Wielkanocnej? Tak, to jedna z nich. Z rzeczy bardziej rozpoznawalnych z nazwy mamy egipskie sarkofagi, wazy z dynastii Ming, czy chociażby rzeźbę Wenus.

Kolejny punkt to kolejne muzeum – również darmowe. Imperial War Museum również jest miejscem gdzie dowiemy się więcej o historii, ale tym razem z naciskiem na konflikty z ostatnich (nieco ponad) 100 lat. Podobnie jak poprzednie obiekty -jest ogromne, interesujące i zapadające w pamięci. Największe wrażenie robi wystawa dotycząca I wojny światowej. Spektrum tego co możemy tam zobaczyć jest niezwykle szerokie – od eksponatów takich jak broń, mundury czy protezy dla okaleczonych kombatantów przez zdjęcia, materiały wideo czy listy z frontu. Piętra wyżej ukazują kolejne karty historii – druga wojna światowa, zimna wojna,współczesne konflikty. Odnajdą się tu zarówno miłośnicy historii oraz militariów jak i osoby, które nie mają o tych tematach bladego pojęcia.

Listę miejsc do których wejdziemy nie ponosząc kosztów zamknie Harrods. Jest to słynny luksusowy dom towarowy, w którym rzekomo można kupić wszystko. Jedna z anegdot opowiada o mężczyźnie, który chcąc wystawić sprzedawcę na próbę poinformował go, iż pragnie  zakupić słonia. Sprzedawca spojrzał na niego i z pełną powagą odpowiedział : „Oczywiście, życzy Pan sobie słonia afrykańskiego czy indyjskiego?”. Wnętrze robi wrażenie, sprzedawcy wyglądają niczym wyjęci z żurnala, a towary osiągają astronomiczne kwoty.

Astronomiczna kwota jest doskonałą okazją do rozpoczęcia tematu płatnych atrakcji w Londynie.Standardowy bilet na London Eye – diabelski młyn z którego widać panoramę całego miasta, kosztuje 28 £ (przypominam,że 1 funt to prawie 5 złotych). Natomiast 38 £ wejściówka „premium”, która znacząco skraca nam kolejkę.Podobne ceny mamy na przykład w Tower of London – średniowiecznym angielskim zamku.
Za co jeszcze przepłacimy w angielskiej stolicy? Generalnie za wszystko – fish and chips to koszt jakichś 12 £, pinta piwa to wydatek 5 £, a za całodniową kartę miejską zapłacimy niecałe 13 £. Generalnie, tam gdzie atrakcje nie są za darmo, jest horrendalnie drogo.

Tego, że człowiek najlepiej uczy się na błędach przekonałem się, gdy poziom baterii mojego telefonu spadł poniżej jednego procenta. Szukając życiodajnego prądu znalazłem gniazdko…z zupełnie innym wejściem niż „europejsko-kontynentalnym”.  Prawdą jest, że praktycznie wszystkie sklepy(nawet te z pamiątkami) myślą o zapominalskich turystach. Nie zmienia to jednak faktu, że za adapter zapłaciłem ponad 10£, a mogłem go zakupić w polskim markecie nie przekraczając kwoty 10 zł.

Podsumowując-Londyn jest miastem, które warto zobaczyć. Może odstraszać szarością, pogodą,zaniedbaniem niektórych ulic, czy ceną, ale zabytki, klimat i historia tego miejsca sprawiają, że chce się tam wracać. Po raz drugi czuję niedosyt po tym wyjeździe i czekam, aby móc zawitać tam po raz trzeci.