“Dom, który zbudował Jack” [recenzja]

Sztuka niejedno ma imię, a artyści w poszukiwaniu form, które przyniosą im duchową satysfakcję i poczucie spełnienia wykonują różne czynności. Claude Monet uwiecznił na obrazie słoneczniki, Ludwig Van Beethoven pomimo postępującej głuchoty skomponował II symfonię D-Dur, a Jack zabił ponad 60 osób.

Na samym wstępie zaznaczę, że ten film nie jest dla każdego. Ba, zaryzykuję nawet stwierdzenie, iż trzeba spełnić kilka wymogów, aby móc czerpać przyjemność z seansu „Domu, który zbudował Jack”. Pierwszym jest wysoki poziom tolerancji na brutalność ukazanej na ekranie. Przemoc w filmie jest pokazana dobitnie, szczegółowo i przerażająco wiarygodnie. Jeśli jesteś tą osobą, która zamyka oczy podczas sceny lądowania na plaży Omaha w „Szeregowcu Ryan’ie”, a wszystkie filmy Qentin’a Tarantino przyprawiają Cię o mdłości, ze względu na szacunek dla Twojego czasu, proponuję nie kontynuować czytania tej recenzji. Zapewne zarzucisz mi Drogi Czytelniku, że to tylko hiperbola, która ma zaciekawić i sprowokować Cię do zapoznania się z produkcją. Doskonałą odpowiedzią na to jest przekaz samego reżysera zaprezentowany jeszcze przed samą projekcją. „Znajdźcie najbliższe wyjście, póki nie zgasło światło. Mówię poważnie.” To co wydawało się żartem z jakości produkcji okazało się być autentyczną przestrogą.

Skąd tyle przemocy w ostatnim filmie Larsa Von Tiera? Fabuła skupia się na historii Jacka. Postaci niezwykle złożonej, której coraz to mroczniejsze aspekty przyjdzie nam obserwować wraz z ciągiem wydarzeń. Już w pierwszych minutach protagonista zdaje sobie sprawę z tego, że tylko odebranie życia drugiej osobie nadaje jego istnieniu sens. Zabójstwo jest dla niego formą sztuki, sam bowiem uważa się za artystę, architekta, jednostkę wybitną. W tym miejscu nie sposób nie wspomnieć o fantastycznej wręcz grze aktorskiej Matta Dilona. Jego autentyczność w roli psychopaty jest niemalże przerażająca. Reszta aktorów daje radę, ale praktycznie żadna z postaci nie znajduje się na ekranie wystarczająco długo, aby móc sprawiedliwie ocenić jej warsztat.

Fabuła jest opowiedziana w większości w formie retrospekcji. Jack rozmawia z enigmatyczną postacią Wera i przywołuje ze swojej pamięci kolejne to morderstwa. Po tym nadchodzi epilog, który znacząco różni się od całej reszty utworu. Jest on metafizyczną jazdą bez trzymanki. Gratka dla tych, którzy lubią pauzować film i interpretować poszczególne kadry szukając nowych symboli i ukrytych znaczeń.

Najwyższa pora powiedzieć dwa słowa o samej plastyce filmu. Jest ona niestandardowa, dla niektórych może być męcząca, pomimo, że mi osobiście bardzo przypadła do gustu. Ta nieszablonowość jest już w pewnym stopniu odczuwalna nawet na zwiastunie. Jack prowadzący auto zerka na swoją pasażerkę. Widz w następnym ujęciu zapewne spodziewa się zobaczyć ową kobietę, nieświadomą tego co zaraz ją spotka. Zamiast tego zobaczy jednak małego baranka na łące. Następnie zamiast powrotu na naszego zabójcę – kadr z tygrysem, który już oblizuje sobie pysk. Taka zabawa formą pojawia się w filmie całkiem często, niejednokrotnie zamiast materiałów wideo wykorzystane są obrazy. Totalne zatrzymanie ruchu na ekranie jest odważne i kontrowersyjne, pozytywnie jednak wpływa na rytm i stronę wizualną dzieła.

Muzyka w „Domu, który zbudował Jack” jest dobrze dopasowana i potrafi potęgować emocje. W kilku sekwencjach w sposób udany dyktuje tempo poszczególnych scen. Ani razu nie sprawiała wrażenia nietrafionej.

Podsumowując, najnowsze dzieło Larsa Von Tiera jest pozycją trudną w odbiorze. Brutalny dramat psychologiczny polany sosem czarnej komedii o strasznym człowieku, którego nikt nie rozumie jest, mówiąc wprost, filmem bardzo dobrym. Trafi on jednak w gusta niezwykle nielicznej grupy odbiorców, głównie ze względu na swoją specyfikę formy.

Adam Buziński