“Miłość, śmierć i roboty” [recenzja]

Algorytmy netflixa nie są idealne. Zwłaszcza w sytuacji, gdy na Twoim koncie pasożytuje druga połówka, członek rodziny lub po prostu kumpel z kompletnie odmiennym gustem niż Ty. Stąd zwykle sceptycznie podchodzę do sugerowanych mi przez aplikację filmów bądź seriali „wybranych specjalnie dla mnie”. „Miłość, śmierć i roboty” nie były wyjątkiem. Postanowiłem jednak obejrzeć pierwszy odcinek, potem drugi, trzeci i w końcu znalazłem się w tym punkcie w czasoprzestrzeni, gdzie kury zaczynają piać, a ja zostaję z post-serialowym kacem.

O co chodzi?

Zacznijmy od wyjaśnienia czym jest, nazwany przeze mnie na wyrost, serial „miłość, śmierć i roboty”. Jest antologią krótkich animacji, których tematyka w jakimś stopniu porusza tytułowe pojęcia. Powiedzieć, że odcinki nie są ze sobą powiązane to nie powiedzieć nic. Każdy z nich nie dość, że porusza inną tematykę, kompletnie odstaje rodzajem animacji, długością, klimatem, a nawet gatunkiem filmowym. Przykładowo – jeden z epizodów utrzymany jest  w kreskówkowo – komiksowej oprawie, gdzie część efektów dźwiękowych jest zwizualizowana (np. głośne zamknięcie drzwi i drobny napis „CLANK!”). A’la cel – shadingowa oprawa wizualna przypomina troszkę serię gier komputerowych Borderlands, ale z delikatnym krokiem w stronę realizmu. Nie da się zarysować historii tak, aby kompletnie nie zepsuć zabawy, ale podpowiem, że jest enigmatycznie, mrocznie i gęsto. Zaraz po tym jesteśmy częstowani odcinkiem, gdzie animacja jest plastelinowo – modelinowa, kompletnie rezygnująca z dokładnego odwzorowania detali. Fabularnie przyjdzie nam śledzić jak jogurt zapanował nad światem. Tu zaznaczam, iż jogurt nie jest imieniem, skrótem, ani anagramem, lecz niezwykle inteligentnym (nawet jak na ludzkie standardy) produktem mleczarskim.

Czy taka różnorodność nie jest męcząca? I tu leży największy szkopuł, gdyż może być wręcz wykańczająca. Brakuje jakiejś spinki, pojedynczego elementu który zamieniłby antologię w spójną całość. Zamiast tego mamy niejednorodną mieszankę niezwykle indywidualnych produkcji. Co nie zmienia faktu, że….

…wszystkie są dobre…

 

Aż ciężko mi to przyznać, ale nie było odcinka, który był dla mnie obojętny. Jasne, jak to zawsze bywa, zdarzają się epizody lepsze i gorsze, jednakże ocena poszczególnych animacji zależy głównie od osobistych preferencji. Ciężko jednak byłoby znaleźć kogoś, komu do gustu nie przypadłby chociaż jeden rozdział w całej serii. Warto spróbować zwłaszcza, zwłaszcza, że ich długość nie powala.

 

….i bardzo krótkie.

Najwięcej czasu spędzimy przy odcinku „Udanych łowów” – całe 17 minut – włącznie z intro oraz napisami końcowymi. Najszybciej natomiast zobaczymy finał historii, wspomnianego nieco wcześniej jogurtu – w 5 minut. Długość sprawia, że nie mamy do czynienia z pełnymi, rozbudowanymi fabułami, a bardziej konceptami i opowiastkami. Jeśli wydaje Ci się, że czyni to „Miłość, śmierć i roboty” idealną rozrywką, która umili Ci drogę do pracy czy szkoły to niestety się mylisz. Większość odcinków to nie tylko krew, wyrwane kończyny i jęki konających, ale także seks, obsceniczna nagość i jęki rozkoszy.

Miłość, śmierć i roboty. Ale najwięcej miłości

 „Miłość, śmierć i roboty” jest antologią świetnych, indywidualnych opowieści. Są jednak moim zdaniem zbyt krótkie, aby mogły ukazać swój pełen potencjał. Nie sposób opisać fabuł totalnie ich nie spoilerując, ani ukazać majstersztyku animacji samymi słowami. Nie mogę każdemu polecić poszczególnych odcinków. Część z nich odstrasza brutalnością czy niecenzuralnością. Z pewnością jestem jednak w stanie zarekomendować całą serię, będąc głęboko przekonanym, że każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Adam Buziński