Oświata płonie, a rząd daje 500 + na krowę [FELIETON]

Zacznijmy od jednego sprostowania – pieniądze, które rząd obiecał rolnikom pochodzą z budżetu Unii Europejskiej. Nie ma sposobu, aby te potencjalne 500 zł na krowę oraz 100 zł na tucznika przekuć w 1000 zł podwyżki dla nauczycieli. Znaleziono jednak sposób, aby za ich pomocą zakpić ze strajkujących.

 

Jak nie oni, to kto?

 

Gdyby ktoś, jakimś cudem, nie wiedział – od 8ego kwietnia trwa bezterminowy strajk nauczycieli. Belfrzy domagają się tylko i wyłącznie godziwej płacy za ich ciężki zawód. Niejednokrotnie można się spotkać z opinią, że praca nauczyciela jest wręcz bajeczna – kilka godzin dziennie, bez weekendów, pełne wakacje, nie trzeba się doszkalać, bo przecież matematyka, przyroda czy język polski z roku na rok pozostają tymi samymi przedmiotami. Jeśli ktoś posiada podstawowe zdolności logicznego myślenia nie trzeba mu tłumaczyć, jakie obowiązki faktycznie ciążą na belfrach oraz ile, szkodliwych dla reputacji zawodu, stereotypów jest wykutych w polskiej świadomości. Chciałbym wierzyć, że nie trzeba ludziom tłumaczyć tego jak istotna jest oświata. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że grupa osób w Polsce, która to rozumie stanowi znikomy odsetek. Zamiast tego mamy omamione społeczeństwo, które prędzej uwierzy, że trzeba korzystać z bogactw czarnego złota przez kolejne 200 lat niż dopłacić do naprawy kulawego systemu. I właśnie w tym miejscu muszę zwrócić uwagę na to, że w pewnym stopniu strajk nauczycieli uważam za bezcelowy.

 

Problemem nie są płace

 

Zgadzam się ze stwierdzeniem, że nauczyciele powinni zarabiać więcej. Nie oznacza to jednak, że same podwyżki rozwiążą problem. Gdybyśmy chcieli naprawdę sprawić, żeby oświata stanęła na nogi musielibyśmy zreformować, niemalże od podstaw, system edukacji. W zawodzie belfra mamy do czynienia z dwiema grupami osób. Wyróżniamy tych szaleńców, którzy władowali się w fatalny system z powołania i tych, którzy, mówiąc wprost nie mogli dostać się na żadne inne studia, a pracę bez wykształcenia wyższego uznawali za uwłaczającą. Abstrahuję od tego, że podejście do posiadania papierka z uczelni jako obligu, odbije nam się, jako społeczeństwu, czkawką. Widzimy tu jednak elementarny problem rujnujący nadwiślańską oświatę. Bycie nauczycielem nie jest elitarne. Jak uczniom wszczepić szacunek do szkolnictwa, jeśli nie kierują nimi mądrzy ludzie? Oczywiście, jak już wspomniałem, są nauczyciele wybitni, stanowią oni jednak zlepek jednostek. Pierwszym krokiem, w kierunku naprawy fatalnego systemu edukacji, jest znaczne zwiększenie progu punktowego niezbędnego, aby dostać sie na pedagogikę. Aktualnie jest to jeden z najczęściej wybieranych kierunków studiów w Polsce. Równolegle jednak, po jego ukończeniu panuje ogromny odsetek ludzi, którzy nie znajdują pracy w zawodzie. Oznacza to tyle, że podatnicy wydają pieniądze na generowanie wykształcenia, które nie ma absolutnie żadnej wartości. Do tego dochodzi frustracja tych, którzy poświęcili lata swojego życia w nadziei, że będą nieść kaganek oświaty, a są zmuszeni szukać źródła utrzymania w zawodach uznawanych za, mówiąc eufemistycznie, zupełnie nieprestiżowe. Rzecz jasna, logicznym jest, że drugim krokiem jest podniesienie płac. W końcu nie można wymuszać elitarności profesji, tylko i wyłącznie zwiększając wymagania dołączenia do niej. Pragnę jednak zaznaczyć, że oba te ruchy muszą być ze sobą sprzężone i pomimo tego, że na potrzeby wyjaśnienia, nazwałem je „krokiem pierwszym” i „ „krokiem drugim” powinny być wykonane równocześnie.

 

 

Miałem piękny sen…

 

Niestety, jak pięknie by to nie brzmiało, całość mojego wywodu jest tylko jakąś ideą, nic nieznaczącą w świecie polityki, zwłaszcza polskiej. Boli mnie, gdy widzę, że żyję w państwie z kartonu, gdzie władza nie potrafi patrzeć dalej niż do następnej kadencji. PiS wyczekuje tylko, aż nauczyciele, niestanowiący dla niego potencjalnego elektoratu, opadną z sił i zmuszeni zostaną do odwrotu. Istotniejsza jest walka o grupy, których głosy faktycznie można zebrać. Obiecując rolnikom pieniądze Jarosław Kaczyński dał jasno do zrozumienia kto i dlaczego zakreśli „X” przy PiS w lokalu wyborczym. Ponownie jesteśmy świadkami pustego rozdawnictwa, które stanowi tylko i wyłącznie kupowanie głosów.

 

Czy rząd naprawdę jest w stanie ignorować strajk w oświacie?

 Nie jest to pierwszy raz, gdy jesteśmy świadkami przeczekania głosów sprzeciwu – obserwowaliśmy chociażby lekarzy rezydentów na strajku głodowym czy niepełnosprawnych fizycznie okupujących Sejm. Po pewnym czasie, nauczyciele będą na przegranej pozycji, nie tylko dlatego, że stracili pieniądze za cały okres protestu, który potrwa nie wiadomo jak długo (pamiętajmy, że strajk jest bezpłatny). Dodatkowo przeciwko belfrom będzie również, zmęczone utrudnieniami w oświacie, społeczeństwo. Twardy elektorat PiSu zobaczy przecież, że rząd próbował porozumieć się ze związkami zawodowymi. Nie ujrzy jednak, że oferty rządu były kompletnie nieadekwatne do oczekiwań protestujących. Jakby tego było mało, strajk rykoszetem uderzy we wszystkie partie, które go poparły.

 

 

Po lewej nie jest lepiej

Zdaję sobie jednak sprawę, że jeśli doszłoby do zmiany władzy pod koniec 2019 roku to sytuacja będzie wyglądać dokładnie tak samo. Nie widzę nadziei na to, że Koalicja Obywatelska naprawi to co zepsute i zacznie planować drogę Polski na kolejne 20 – 40 lat. O takich anomaliach, jak uzyskanie większości przez partie, których sondażowe wyniki są cyframi, nawet nie wspominam. W naszej polityce, niezależnie od tego, czy mówimy o stronie lewej czy prawej, dominuje tzw. „tupolewizm”, czyli podejście, że jakoś to będzie. Skoro oświata płonie to kiedyś musi zgasnąć. Prawda?

Adam Buziński