6 rzeczy, które zaskoczyły mnie w Seulu

Na samym wstępie muszę zaznaczyć, że mój wyjazd do Seulu jest pierwszą eskapadą poza Europę, która mi się przydarzyła. Azja była dla mnie zawsze owiana tajemnicą, a sama atmosfera jaka tu panuje po prostu egzotyczna. Dla bardziej wprawionych podróżników, którzy wykraczają poza Stary Kontynent, to co zawarłem w tym tekście może wydawać się oczywiste, ale dla wojażerów tak Europocentrycznych jak ja wszystko powinno być zaskoczeniem.

 

ENGLISH MOTHERF***ER, DO YOU SPEAK IT!?

 

Rzeczą, która wprawiła mnie w największe osłupienie jest brak możliwości porozumienia się po angielsku. Nie przyszło mi do głowy, że kraj, który jest znany z gwałtownie rozwijającej się gospodarki, zaawansowanej technologii i olbrzymich korporacji pokroju Samsunga czy Hyundaia nie spełnia komunikacyjnych standardów XXI wieku. Początkowo sądziłem, że jest to kwestia przepaści między alfabetami, jednak szybko zorientowałem się, że to nie tutaj leży problem. Nauczenie się znaków graficznych tego języka dla dorosłego człowieka jest kwestią dni lub nawet godzin. Pamiętajmy, że koreański jest wyjątkowo prosty pod kątem pisowni w porównaniu do innych języków krajów azjatyckich, takich jak Japonia (o której, swoją drogą, tekst pojawi się już niedługo). Dużo istotniejszym czynnikiem jest tutaj podejście do samej formy edukacji angielskiego. Owszem, jest w szkołach, ale rzadko kiedy przykłada się uwagę do samej komunikacji, a więcej pracy poświęca się gramatyce czy słownictwu. Efekt jest taki, że Koreańczycy znają angielski, ale boją się go używać.

 

Strach przed białym człowiekiem

 

Zakładam, że wiele osób czytając poprzedni akapit chciałoby powiedzieć : „Chwila, chwila, przecież Seul jest ogromnym miastem, gdzie jest masa turystów, z pewnością wszyscy mają tam okazję rozmawiać po angielsku!”. I trudno mi tu nie wspomnieć mojego kolejnego zdziwienia spowodowanego tym, jak monoetnicznym miastem jest stolica Korei Południowej. Widok białego człowieka jest tutaj rzadkością do tego stopnia, że idąc ulicą czy korzystając z komunikacji miejskiej niejednokrotnie czułem ukradkowe spojrzenia lub wręcz przyłapywałem przechodniów i  współpasażerów na tym, że po prostu się na mnie gapią. Nie wspominam już o osobach czarnoskórych, którym zdarza się być fotografowanym po kryjomu przez tubylców. Egzotyka innych ras sprawia, że lokalsi zwykle czują się niepewnie przy nieazjatyckich osobach. Przy komunikacji nie pomaga też fakt, że gdzieś z tyłu głowy, wielu Koreańczyków ma szufladkę z myślą, że Europejczyk jest lepszy od Azjaty. W strachu przed tym, że pokażą przyjezdnemu jak słaby mają angielski, niejednokrotnie decydują się udawać, że po prostu go nie rozumieją. Wydawać by się mogło, że ta logika jest niezwykle pokrętna, ale prawie wszystkie osoby z Półwyspu Koreańskiego z którymi miałem okazję porozmawiać potwierdzają, że ten sposób myślenia jest tu powszechny.

 

Co ma Ameryka do Korei?

 

Żeby było jeszcze dziwniej zaznaczę, że USA miało bardzo silny wpływ na Koreę w XX wieku i widać to po dziś dzień. Dla kontekstu historycznego totalnie spłycę zagadnienie wojny koreańskiej. W roku 1950 Korea Północna atakuje swojego południowego sąsiada. W tamtym czasie to Pyeongchang był silniejszy, więc konflikt niemalże dobiega końca, gdy Korea Południowa traci prawie całe terytorium i zostaje jej zaledwie skrawek ziemi do obrony. Wtedy przybywają z odsieczą Stany Zjednoczone, które się angażują w wojnę. Sytuacja odwraca się o 180 stopni i to Północ jest na krawędzi przetrwania. Gdy już wszystkim się wydaje, że dojdzie do unifikacji Korei pojawia się nowy gracz – Chiny, które nie chcą biernie patrzeć na upadek komunistycznego narodu. Ostatecznie, po 3 latach potyczek i prawie milionie zabitych po obu stronach, granica pomiędzy Koreami jest prawie w tym samym miejscu co była przed wojną. Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby nie Waszyngton Korea Południowa po prostu przestałaby istnieć. Po dziś dzień w okolicach granicy z Koreą Północną są amerykańskie placówki wojskowe. I abstrahując od tego, że rzecz jasna historia nie jest czarno biała (i np. żołnierze obu armii dopuszczali się do gwałtów na Koreankach) tak intensywna obecność Zachodu nie mogła obyć się bez wpływu na lokalną kulturę. Efektem jest to, że część słów w koreańskim brzmi dokładnie tak samo jak po angielsku, a przechodząc obok obiektów sportowych częściej zobaczymy baseball czy football amerykański niż piłkę nożną.

 

건배! (Na zdrowie!)

 

Skończmy z nudną historią, przejdźmy do żywszego tematu jakim jest alkohol. Czy tego chcę, czy nie, reprezentuję Europę Wschodnia, a standardy picia w naszym regionie niejednokrotnie (i słusznie) uważane są za niepoprawne. I tak, z przeświadczeniem, że pochodzę z jednego z nielicznych krajów gdzie najczęściej się słyszy teksty pokroju „ze mną się k… nie napijesz?” trafiłem do Korei, gdzie kultura alkoholizowania się jest zupełnie nieporównywalna do naszej. Z podobieństw dostrzegam w zasadzie tylko to, że pije się na umór. Z różnic natomiast zacznę od tego, że Koreańczycy w trakcie konsumpcji alkoholu są nieprawdopodobnie głośni. Tubylcy w lokalach wydają z siebie okrzyki, które w Polsce słyszałem tylko na meczach piłki nożnej, gdy ten nieszczęsny okrągły przedmiot mijał pana w rękawicach i wpadał w siatkę.

W jakie dni się chodzi do pubów w Korei? Całkowicie normalnym widokiem tutaj są lokale pełne w każdym dniu tygodnia. Bierze się to z tego, że pracownicy po ciężkim dniu pracy po prostu idą na piwo i soju (tradycyjny koreański alkohol – moim zdaniem absolutnie ohydny) i niejednokrotnie spędzają tam tyle czasu, że zostaje im ledwie kilka godzin na sen, walkę z kacem i powtórzenie cyklu. Najdziwniejsze zostawiłem jednak na koniec. Napić się idą nie tylko współpracownicy, którzy są na tym samym szczebelku hierarchii. Zwykłym „mrówkom” towarzyszą sprzątaczka, księgowy, sekretarka, a nawet kadra zarządzająca z samym szefem na czele. Wyobrażacie sobie, aby w Europie pracownik upoił się alkoholem do wyjątkowo wstydliwego stanu przed swoim przełożonym, a następnego dnia przyszedł do pracy i nie widział w tym nic złego?

 

 

Fascynacja kimchi

 

Skoro było o piciu porozmawiajmy o jedzeniu. Czym jest kimchi? Na to pytanie mam dwie odpowiedzi. Technicznie, jest to kiszona, pikantna kapusta. Praktycznie natomiast, jest to dla mnie fenomen. Kimchi jest podawane jako dodatek do absolutnie wszystkiego. Nieważne czy zamawiasz zupkę, koreańskie BBQ czy nawet zagraniczną kuchnię, możesz być pewien, że mały talerzyk z fermentowanym warzywkiem także się przed Tobą pojawi. Kimchi jest popularne do tego stopnia, że robiąc zdjęcie nie mówisz „cheeeeseee” tylko wołasz „kimchiiiii”, a samo danie ma nawet swoje własne muzeum. Przy okazji wspomnę, że większość przyjezdnych (łącznie ze mną) często nie jest w stanie zjeść potrawy nie zalewając się łzami. Owa kapusta zwykle mieszana jest z chili, co może Wam  dać względne pojęcie jak trudna jest ona w konsumpcji. Żeby było śmieszniej, Koreańczycy spożywają kimchi w takiej ilości, że nie czują tego, aby była ona w jakikolwiek sposób pikantna.

 

 

TAXI!

Pisałem o tym, że pije się w Korei dużo i długo. Logicznym powinno być, że w związku z tym komunikacja miejska, zwłaszcza w stolicy, po zmroku działa w sposób nieskazitelny, tak aby każdy zalkoholizowany jegomość mógł w spokoju trafić do swojego mieszkania. Okazuje się, jednak, że absolutnie nie. Metro funkcjonuje do ok. 00.30 i po ostatnim pociągu mamy dwie możliwości. Możemy zdecydować się na nocny autobus, z którego korzystanie jest absolutną gehenną. Jeżdżą rzadko, są przepakowane i zdecydowanie nie należą do najszybszych pojazdów w mieście. Poza tym jest to rozwiązanie, z którego nie możemy korzystać przez całą noc, bo te z kolei nie kursują dłużej niż do 2.00. Ostatnią deską ratunku są taksówki. Pomimo tego, że większość Europejczyków już zaczyna zapominać jak wyglądają klasyczni „taryfiarze”, ze względu na istnienie ubera, to tutaj widok auta z napisem „taxi” na dachu jest niezwykle popularny. Głównym powodem jest to, że są one nieprawdopodobnie tanie w porównaniu do tych, które kursują po chociażby Polsce. Za trasę, którą kierowca pokona w 30 minut, po przeliczeniu na rodzimą walutę, nie zapłacimy więcej niż 30 – 40 zł. Sprawia to, że taksówki nie są luksusem, a najczęściej używaną formą nocnego transportu.

Te 6 rzeczy to tylko wierzchołek góry lodowej tego w jaki sposób Korea Południowa mnie zaskakuje. Już niedługo na stronie Radia Pałacc kolejne teksty na temat, nie tylko tego kraju, ale także Tokyo, więc śledźcie uważnie nasze social media!

Masz jakieś pytania na temat Korei? Pisz śmiało, redakcja Radia Pałacc zawsze czuwa!

 

Adam Buziński