Dzień dobry, dzisiaj też są Koronaferie.

 

Dożyliśmy całkiem abstrakcyjnych czasów. Jeszcze pół roku temu wszelkie wizje panującej pandemii zostawilibyśmy co najwyżej wybujałej wyobraźni raperów, a nie codziennym programom informacyjnym. Ostatnio usłyszałem nawet stwierdzenie, iż jesteśmy w trakcie wymuszonej fobii społecznej. Jakże celne jest to określenie, kiedy każdy z nas opuszcza zamieszkiwane lokum jedynie w najpilniejszych sprawach, a od innych osób trzymamy się na odległość co najmniej dwóch metrów. Świat rzecz jasna nie był gotowy na taki obrót zdarzeń. Szczęśliwsza część społeczeństwa, praktycznie z dnia na dzień, przymusowo przeniosła się na pracę zdalną, jednak nie trudno o ludzi, muszących szukać zawodu na nowo. Oczywiście nie bez przyczyny wspomniałem zarówno o hip-hopowcach, jak i chylącej się ku upadkowi gospodarce. Spróbujmy połączyć oba te zagadnienia i porozmawiajmy. Porozmawiajmy o wpływie koronawirusa na polską branżę muzyczną, a będąc bardziej precyzyjnym to na jej całkiem spory, rapowy odłam.

 

Jest takie słowo na “K”.

 

W momencie, kiedy czytacie ten tekst, minął już przynajmniej miesiąc od oficjalnego ogłoszenia przez WHO światowej pandemii wirusa COVID-19. Również w tym samym dniu premier Mateusz Morawiecki rozpoczął pierwsze działania zapobiegające rozprzestrzenianiu się tegoż słowa na “k”. To właśnie jedenastego marca zakazano wszelkich zgromadzeń powyżej 50 osób, które w ciągu dwóch tygodni ograniczone zostały jedynie do dwóch person. Krótko mówiąc, nici z koncertów. Powiedzieć, że się tego nie spodziewaliśmy, to jak nie powiedzieć nic. Na całą branżę muzyczną spadł grom z jasnego nieba, wzniecając tym samym pożar, którego nie sposób było opanować. Jeszcze piątego marca bawiłem się w Bydgoszczy na charytatywnym koncercie moich przyjaciół z Baltic Boys, gdzie przy okazji rozmawialiśmy o dacie ich kolejnego show. Jak możecie się z łatwością domyślić termin, w którym zaplanowali ten event, spędziliśmy osobno, w domowych zaciszach. No dobra, koncerty bydgoskiego kolektywu, to nie jest szczególnie priorytetowa impreza dla stanowczej większości z was. Przyjrzyjmy się więc temu, co mogło się odbyć na wielkich scenach. Wyprzedana trasa Pezeta, wyprzedana trasa Pro8l3mu, wyprzedana trasa Maty, wyprzedana trasa Jana-rapowanie, wyprzedana trasa Bedoesa, a zapewne i tak pominąłem kogoś, kto mógłby się tym statusem soldoutu pochwalić. Podkreślam to jedno słowo, bo doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jak ogromne są to wydarzenia. Nie mówię już nawet o samych uczestnikach, których liczyć możemy, kolokwialnie rzecz ujmując, w grubych tysiącach. Za każdym z tych eventów stoi kolosalny sztab ludzi. Akustycy, oświetleniowcy, ochroniarze, bookerzy, menedżerowie, a nawet ekipy sprzątające. Przeważnie dochód tych grup zawodowych uzależniony jest w głównej mierze od ilości “odhaczonych” imprez. Dokładnie tych imprez, których teraz nie ma. Co będzie z tymi ludźmi? Czy spotkamy się z nimi następnym razem na jakimś wydarzeniu masowym, a może będą nas podwozić kolejnym kursem Ubera? Tutaj czas gra rolę pierwszoplanową. Sytuacja tych osób jest niebywale dramatyczna, jednak o nich nie zapomniano. Ogólnopolska Izba Gospodarcza Branży Klubowej i Rozrywkowej lub Izba Menedżerów Rynku Artystycznego to inicjatywy, które istnieją między innymi po to, aby w czasach takiej pandemii solidarnie stanąć naprzeciw katastrofie finansowej. Jak już mówimy o wzajemnym wspieraniu, to na jednej z największych platform do nabywania wejściówek na koncerty (a będąc konkretnym – na Goingu) możecie kupić wirtualny bilet wsparcia. Do wyboru macie dowolny klub, a nawet całe agencje bookingowe. Nie muszę chyba mówić, że tym razem pośrednik nie życzy sobie żadnych benefitów za partycypowanie w tej płatności.

 

“Pieniążki, pieniążki piszą o nich książki”.

 

Raperzy nie utrzymują się jedynie z zagranych koncertów. Na ich konto regularnie spływają pieniądze ze streamingów, ZAiKSów, sprzedanych fizycznych nośników, merchu ubraniowego oraz kontraktów reklamowych. Tak jak nie obawiałbym się o pensje płynące ze Spotify lub Stowarzyszenia autorów, tak do tych kolejnych źródeł mam spore obawy. Nadchodzi kryzys i bez względu na to, jaką barierę przeciwko niemu postawi nasz rząd, z pewnością odczujemy jego skutki. Ba, większość społeczeństwa już przecież oberwała po kieszeni. Nieunikniony wydaje się też spadek sprzedawalności odzieży sygnowanej ksywkami popularnych hip-hopowców. Nie są to zakupy najwyższej wagi, a już z pewnością nie w cenach, do których przyzwyczaił nas rynek. Ja tylko napomknę, że o T-shirt poniżej 100zł, a bluzę poniżej 250zł, coraz trudniej w tej branży. To samo tyczy się działu CD. Tylko że ten już i tak ma nad sobą giganta w postaci, coraz to tańszych abonamentów z dostępem do światowej biblioteki muzycznej w Twoim smartphonie. Zresztą, dopóki wirus nie minie to stanowcza większość tłoczni, pozostanie zamknięta. Na sam koniec zostawiłem sobie omówienie reklamodawców. Kryzys uderza w każdego. Niezależnie, czy mówimy o małym, średnim, czy dużym przedsiębiorstwie. Dlatego wielu potencjalnych sponsorów, będzie częściej walczyć na początku o przeżycie na rynku, niż o swój logotyp przed klipem melorecytującego nastolatka. Wytwórnie muzyczne przeważnie podchodzą do tego tematu w sposób skrajny. Stronią od reklamodawców albo opierają na nich działalność firmy. Co za tym idzie, nie każdego będzie stać teraz na zrealizowanie kontraktów płytowych, a co dopiero podpisanie nowych.

 

Muzyk też człowiek.

 

Co artyści robią, kiedy odebrano im pracę? Stanowcza większość wydaje się podtrzymywać kontakt ze swoim odbiorcą, poświęcając więcej czasu na social media. Zauważalnie wzrosła liczba prowadzonych przez nich livestreamów oraz postowanych treści. Muzycy będący w posiadaniu domowych studiów nagraniowych zaczęli niemalże bombardować nas utworami skupiającymi się na tematyce pandemii. Mówię tutaj o mainstreamowych graczach pokroju B.R.O, aż po kolektywy skupiające wokół siebie podziemnych raperów jak, chociażby Freshville Records. W końcu “jakie życie, taki rap”. Nieprawdaż? Byliśmy już nawet świadkami paru koncertów online, na razie “największy” z nich zagrał Tede, utrzymując stałą 15 tysięczną widownię w trakcie show. Niestety, mało kto posiada odpowiednie warunki do takiego przedsięwzięcia. Nie brakuje też tych artystów, którzy zmienili swoje plany wydawnicze. Już gotowe materiały zamierzają udostępnić słuchaczowi, nawet w obliczu niemożliwości zagrania trasy koncertowej lub chociażby zrealizowania teledysków. W ten sposób trwającą kwarantannę zamierza umilić nam Qry z Chillwagonu, publikując co czwartek kolejny utwór. Na całą resztę muzyków, jeszcze poczekamy. Albumy, które miały trafić na sklepowe półki jeszcze w kwietniu, w optymistycznym scenariuszu pojawią się na nich dopiero we wrześniu. Nie trudno zauważyć, jak wielu twórców wręcz staje na głowie i prześciga się nawzajem w kolejnych rozwiązaniach. Trzeba jednak pamiętać, że raper też człowiek. Taki sam jak każdy z nas, borykający się z tymi samymi trudami nowej rzeczywistości. Dlatego z wielką chęcią wyróżnię aktywnych teraz hip-hopowców, jednak pod żadnym pozorem nie potępiałbym tych pozostających offline. 

 

Kiedyś wrócimy do normalności. 

 

Pandemia w końcu minie. Trudno na ten moment jednak stwierdzić, kiedy dokładnie to nastąpi. Z pewnością czas gra na naszą niekorzyść w każdej dziedzinie życia, nie oszczędzając przy tym branży muzycznej. Wytwórnie chcące wywiązać się z zaległych kontraktów, pozapełniane terminy w studiach nagraniowych oraz agencje bookerskie próbujące odbić sobie zaległe koncerty. Jakby to ująć… będzie tłoczno. Jednak zdecydowanie, w tym aspekcie, jestem zwolennikiem przesytu i wybierania, na który to z dwudziestu interesujących mnie koncertów dzisiaj się wybiorę niż wspominania ich z bawełnianą maską na twarzy. Gdzieś tam w środku drzemie we mnie nawet taka cicha nadzieja, że może ten nagły detoks od eventów wpłynie, chociaż trochę pozytywnie na ich jakość. Czas pokaże.

Bartłomiej Ciepłota