Źródło: Rocker Reports

Jędrzej Święcicki: Oglądałeś „Sunderland ‘til I die”?

Max Stryjek (23-letni bramkarz Eastleigh F.C.. Były piłkarz Polonii Warszawa, Boston United, Accrington Stanley i Sunderland A.F.C.): Sam z siebie nie chciałem, ale w końcu przyjaciel mnie namówił. Pierwszym moim komentarzem po obejrzeniu było: „ale g…o!”. Powiedziałem moim kolegom wprost, że to straszna propaganda stworzona, żeby wypromować klub. Uważam, że serial jest tak zrobiony, żeby kibicom się podobało i żeby poczuli się ważni. Trzeba też powiedzieć, że jest tam kilka kłamstewek i niedopowiedzeń.

Jakich?

Spójrzmy na przykład na pierwszy sezon serialu, którego przekaz jest taki, że za wszystkimi niepowodzeniami stoi właściciel, ponieważ nie chce płacić pieniędzy. Kompletnie się z tym nie zgadzam.

Drugi jest trochę lepszy, ale za krótko występują zawodnicy, za długo dyrektor sportowy Charlie Methven. W ogóle to jest dziwna postać. W filmie Methven zarzeka się, że zostanie w Sunderlandzie, dopóki nie wrócą do Premier League, jednak dziwnym trafem, kiedy tylko nie udało się wygrać League One, to odszedł, opuszczając tonący statek. Na marginesie dodam, że mam wątpliwości, czy on w ogóle zna się na piłce nożnej. Jego postać dobrze obrazuje stosunek biznesmenów do futbolu. Dla nich to jest tylko biznes. Kiedy coś nie przynosi zysków, przestaje ich to interesować.

W serialu podkreślona jest  szczególna więź mieszkańców miasta z klubem Sunderland A.F.C.. Czy będąc piłkarzem da się to odczuć?

Sunderland jak większość miast na północy Anglii jest bardzo ubogi. Mieszkańcy zarabiają mało, co trochę wpływa na ich ogromne oczekiwania wobec wysoko opłacanych zawodników. Chodzą na stadion, kupują koszulki, płacą za bilety, więc oczekują od piłkarzy wyników. Ich stosunki z klubem są bardzo zależne od sytuacji. W pierwszej lidze nieważne czy przegrywaliśmy, czy wygrywaliśmy – wszystko było okej, lecz kiedy pojawiła się wizja spadku, fani się od nas odwrócili. Przyznaję jednak, że widać, jak ważnym elementem ich życia jest Sunderland A.F.C.. Przychodzą na stadion niezależnie, w której lidze gra.

W pewnym momencie wszystko poszło w złą stronę. Sunderland w dwa lata spadł z pierwszej do trzeciej ligi. Dlaczego tak się stało?

W Championship gdzieś zaginęła ta wspomniana więź klubu z kibicami, którzy nie lubili ówczesnego amerykańskiego właściciela Ellisa Shorta. Drużyna składała się wtedy z zarabiających krocie zawodników, którzy grali bardzo słabo. Fani chodzili na nasze mecze głównie po to, żeby nam dopiec. Wytykali, kto ile miał kontuzji, zarobił pieniędzy czy zmarnował sytuacji bramkowych. Mówiąc szczerze, trochę mieli do tego prawo, ponieważ nie spełniliśmy ich oczekiwań. Spadliśmy z Premier League i nie dość, że nie zdołaliśmy do niej wrócić, to na dodatek po roku znaleźliśmy się w League One.

W League One do klubu przyszedł nowy właściciel Steward Donald, który miał przywrócić Sunderlandowi dawną świetność, ale i tym razem sezon zakończył się niepowodzeniem.

Nie udało się z wielu przyczyn. Przede wszystkim przez to, że klub nie zdołał zatrzymać u siebie najlepszego strzelca Josha Maji, który po rundzie jesiennej odszedł do Bordeaux.

W serialu jest mocno zaznaczone, że gdyby Maja został, to może udałoby się wygrać ligę… 

…wtedy na pewno by się udało. Teoretycznie nie można spodziewać się, że jeden zawodnik będzie grał sam za całą drużynę, ale po odejściu Josha po prostu nie miał, kto strzelać bramek.

Wtedy do klubu przyszedł Will Grigg.

Tak. Przyszedł z kontuzją i za bardzo nie pomógł. Mówiąc szczerze, od początku wiedziałem, że on nie zastąpi Josha Maji.

Ostatecznie w zeszłym sezonie strzelił cztery bramki, w tym sezonie jedną.

Nie wiem. Nawet tego nie śledziłem.

Jednak z tego, co widzę, to śledzisz losy tego klubu. Masz sentyment do Sunderlandu?

Jasne. W mieście naprawdę dużo zależy od piłki nożnej. Jeżeli na boisku idzie dobrze, to od razu ludziom się lepiej powodzi, dlatego chciałbym, żeby im szło jak najlepiej. Niedawno z Eastleigh F.C. graliśmy mecz na północy Anglii i zatrzymaliśmy się w ośrodku treningowym Sunderlandu, więc miałem okazję porozmawiać z wieloma osobami z mojego byłego klubu. Mam tam wielu znajomych wśród trenerów bramkarzy, zawodników czy po prostu mieszkańców miasta.

W jednym z odcinków „Sunderland ‘til I die” przy okazji rozmowy o zawodnikach, którym kończą się kontrakty, pada Twoje nazwisko. Ostatecznie nie podpisałeś umowy z klubem.

O odejściu z Sunderlandu dowiedziałem się z Twittera, kiedy byłem na wakacjach w Chorwacji. Moja dziewczyna spojrzała na telefon i powiedziała: „O, Max, zwolnili Cię”. Zdziwiłem się, bo byłem umówiony, że przedłużam kontrakt, jednak, jak się okazało, władze Sunderlandu zmieniły zdanie. Tak skończyła się moja przygoda z tym klubem. Na szczęście to było chwilę po moim wypożyczeniu do Eastleigh F.C.. Wykonałem telefon do ich trenera i szybko dogadaliśmy warunki umowy. Wiedziałem, że nie mam innej opcji, więc stwierdziłem, że zostanę w National League i będę próbował piąć się w górę szczebel po szczeblu. W Anglii jest trochę tak, że nawet nieważne, na którym poziomie, ale trzeba grać. Ewentualne przyszłe kluby będą przede wszystkim zwracać uwagę na to, czy jesteś ograny.

Źródło: Eastleighfc.com

Teraz jesteś w Eastleigh F.C. występującym National League (piąta klasa rozgrywkowa). Jakbyś określił poziom ligi pod względem piłkarskim i organizacyjnym?

Poziom jest bardzo wysoki. W większości drużyn grają zawodnicy z przeszłością w Championship, League One czy League Two, którzy występują w National League, żeby jeszcze sobie dorobić i odłożyć w czasie zakończenie kariery.

A gdybyś miał tak zestawić National League z Ekstraklasą czy pierwszą ligi w Polsce?

Trudno mi tak porównać. Piłkarsko na spokojnie dorównuje pierwszej lidze, a organizacyjnie na pewno Ekstraklasie. Chociaż to wszystko zależy od budżetu. Są drużyny zarządzane zdecydowanie lepiej niż jakikolwiek klub w Polsce.

A ile osób chodzi na Wasze mecze?

Nasz stadion jest jednym z najmniejszych w całej lidze. Zwykle chodzi na niego 2-2,5 tysięcy ludzi. Największa frekwencja w National League jest na obiekcie Notts County, gdzie średnio przychodzi ponad 6,5 tysięcy osób na mecz. Jest to jednak dużo większy i posiadający dłuższą historię klub niż Eastleigh.

W lecie kończy Ci się kontrakt. Myślałeś już o tym, czy zadomowisz się w Eastleigh, czy może poszukasz nowego klubu?

Chciałbym zostać na wyspach. Mam opcję przedłużenia kontraktu i poważnie się nad tym zastanawiam. Wiadomo, że chciałbym się rozwijać i iść wyżej, ale trudno mi powiedzieć, jak to się potoczy. Zwłaszcza teraz podczas pandemii koronawirusa nic nie wiadomo.

Miasto Eastleigh jest położone tuż obok Southamptonu. Jak wyglądają relacje pomiędzy drużynami z tych miast?

Kosy pomiędzy nimi nie ma, ponieważ Southampton F.C. jest na kompletnie innym poziomie. Nie da się porównać Eastleigh F.C. do drużyny z Premier League. Jest trochę tak, że nasi kibice czasami chodzą na mecze „Świętych” i odwrotnie – kiedy Southampton gra na wyjeździe, ich fani odwiedzają nasz stadion. Oba kluby łączy przyjacielska relacja.

Sunderland A.F.C był drużyną wielonarodową, teraz w Eastleigh F.C. jesteś jedynym obcokrajowcem. Nie przeszkadza Ci to?

Nie czuję się wyobcowany. Na początku oprócz mnie był jeszcze Francuz algierskiego pochodzenia, ale teraz rzeczywiście w składzie są sami Brytyjczycy. Absolutnie nie mam z tym problemu. Jestem komunikatywną osobą i nigdy nie miałem problemu z dogadaniem się. Zawsze należałem do tych spokojniejszych osób i unikałem konfliktów. Oczywiście podczas meczu nie ma przyjaciół, każdemu można zajść za skórę, ale w szatni jest spokój i jesteśmy dalej kolegami.

Po 8 latach na wyspach czujesz się prawie jak Anglik.

Kiedy czytam książkę, nie ma dla mnie znaczenia, czy jest napisana po polsku, czy po angielsku, ale też nie ma co przesadzać. Szekspirem nie jestem (śmiech). Mieszkam tutaj już tyle czasu, że się oswoiłem. Obecnie oprócz gry w piłkę też tutaj studiuję. Oczywiście, jeśli miałbym propozycję występowania w klubie z innego kraju, to bym ją przemyślał, ale na razie planuję swoją przyszłość Anglii.

Ani przez chwilę nie myślałeś o powrocie do ojczyzny?

Jestem sceptyczny, jeśli chodzi o polską ligę. Ilu młodych chłopaków gra w Ekstraklasie? Niewielu. Kluby wolą ściągać Hiszpanów czy Słoweńców, zamiast dać szansę swoim wychowankom. Spójrzmy chociażby na Legię Warszawa. Mając takie zaplecze i budżet, powinni zdominować całą ligę i bezpośrednio wpływać na rozwój polskiego futbolu. Jednak, zamiast inwestować w akademię i ośrodki treningowe oraz budować więź z mieszkańcami miasta, kupują zawodników z zagranicy. Nie wiem, czy uda nam się wymienić pięciu Polaków, występujących regularnie w ich składzie.

Ostatnio rozmawiałem z tatą o Polonii Warszawa, w której grałem jeszcze w drużynach młodzieżowych. Nawet gdybym był bardzo bogaty i kupił ten klub, to nie zrobiłbym z niego drugiego Szachtara Donieck, ponieważ w Polsce brakuje pomysłu na rozwój całej ligi.

 Co w takim razie byś doradził młodym zawodnikom z naszego kraju. Wyjazd za granicę czy próbę przebicia się w Polsce?

Tak naprawdę to wszystko zależy od sytuacji. Na zachodzie równie dobrze można zrobić karierę, jak i nic nie osiągnąć. W Anglii jednak możliwości są dużo większe. Pokażę na moim przykładzie. Byłem w Premier League, Championship, przez chwilę nawet w League One, a teraz jestem w National League i nawet będąc tu, zarabiam dobre pieniądze. Jestem w stanie żyć na przyzwoitym poziomie, grając na piątym poziomie rozgrywkowym. W Polsce wiele osób, kiedy trafia do trzeciej ligi, zaczyna się zastanawiać nad końcem kariery i zajęciem się czymś niezwiązanym z futbolem. W Anglii w niższych szczeblach cały czas możesz zarabiać dobre pieniądze oraz skupiać się tylko i wyłącznie na futbolu.

Powiedz w takim razie, ile się zarabia w National League?

Myślę, że średnio tyle, ile w Ekstraklasie. W National League są dosyć bogaci sponsorzy, a kluby często współpracują z gigantami z Premier League. Na przykład Bromley F.C. jest wspierane przez Arsenal F.C., dzięki czemu prezentuje wyższy poziom piłkarski i organizacyjny.

Widziałeś, jak Anglicy podchodzą do koronawirusa. Widzisz szansę na kontynuowanie rozgrywek Premier League w tym sezonie?

W Premier League wchodzą w grę ogromne sumy pieniędzy, więc myślę, że władze ligi będą za wszelką cenę próbowały dokończyć sezon. Słyszałem pomysł o graniu w Chinach, ale uważam, że to głupota. Sport jest po to, żeby cieszyć ludzi. Dogrywanie sezonu bez udziału publiczności mija się z celem. Jaki sens ma granie przy pustych trybunach?

Autor artykułu prowadzi audycję „Around the Game”, której już teraz możecie posłuchać na portalach streamingowych:

YouTube: https://www.youtube.com/watch?v=djnEIX1rjDU

Spotify: https://open.spotify.com/episode/3Oup7EIfsyDxhAvWporqxP