Dochodzimy do końca pierwszego etapu, a może całej pandemii. Jak ten czas wyglądał z perspektywy studenta?

Moja uczelnia – Collegium Civitas – reklamuje się hasłem „magia studiowania”. U kresu 4-tego roku poświęconego studiom mogę to przyznać. Jest to okres magiczny i jest to przygoda. To niespodzianki, doświadczenia, przeżycia, osoby, coś niezwykłego. Pandemia zmieniła wszystko. Z pierwszoosobowej przygody studiowania zrobiła seans średniej klasy filmu przygodowego – może i interaktywnego – ale wciąż filmu.

Początek. Najpierw był szok. Jak to zamykamy uczelnię? Dzisiaj? Niedowierzanie. Coś tam słyszeliśmy o jakiejś epidemii w Chinach. Ja nawet pisałem o tym tekst na zajęcia. Jeszcze nieświadomy – Tajemniczy wirus zbiera żniwa głosi tytuł z 15 stycznia. Nie minęły 2 miesiące, a w niezrozumiałych okolicznościach, oparach absurdu i ekscytacji zamknęliśmy Pałac na cztery spusty.

Druga była ekscytacja. Nie radość, raczej przypływ adrenaliny. Może kwestia pokoleniowa. Przyzwyczajeni do ulotności chwil i stałości zmian żyjemy emocjami, które wynikają ze spolaryzowanego i szybkiego świata. Może przeczuwaliśmy przełomowość, bezprecedensowość, że coś wisi w powietrzu. Wielu z nas z pewnością cieszyły mini wakacje. Taki paradoks studenta – najlepiej nie mieć zajęć.
Następny był ciąg zmian. Zamknięcie w domach, rewolucje w zakładach pracy lub zwolnienia, e-learning i strach zmieszany z niezrozumieniem. Przekaz medialny był chaotyczny, komunikaty rządowe niespójne i niejasne, a sytuacja coraz bardziej niepewna. Nawet najbardziej twardogłowi znajomi stosowali się do zasad i izolacji. Odpuszczali alkohol, sport i imprezy. To było niesamowite. Ta solidarność, poczucie współodpowiedzialności. Wszystko jeszcze pachniało nowością. Było jak nowy, dopiero co kupiony t-shirt. Założyliśmy go raz, drugi, trzeci i w końcu trzeba było go wyprać.

Epicentrum. Pojawiły się maseczki, rękawiczki, obostrzenia, a my przenieśliśmy życie do internetu. A raczej do naszego internetowego życia musieliśmy dołączyć życie, które do tej pory toczyło się w realu. U nas – na Collegium – poszło to bardzo szybko i bardzo sprawnie. Jeszcze pod koniec marca rozpoczęły się zajęcia online. To była trochę walka z żywiołem, nierówna, mimo że studenci i wykładowcy łączyli siły. Internet otworzył nam morze możliwości. Nagle się okazało, że w tym wirtualnym świecie nie istnieje bariera czasu i przestrzeni. Możesz się skontaktować z każdym, w każdym momencie i w każdym miejscu. Niby to wiedzieliśmy, ale czy korzystaliśmy z tego na taką skalę?
Jeden nasz profesor – znany historyk – przeżywał ewidentnie druga młodość. Ze swojego gabineciku opowiadał o pierwszych Wolnych Wyborach, transformacji, rządzie Mazowieckiego. Tryskał energią, pasją i radością. Długo po czasie odpowiadał na pytania i obalał medialne mity. Pokazywał nam książki, zdjęcia i nawoływał do dyskusji. Drugi nasz profesor się zbuntował. Odmówił prowadzenia e-wykładów. Zlecał lekturę, film i oczekiwał eseju. Trzeci nasz wykładowca miał notoryczne problemy z internetem, co dolewało oliwy do ognia już i tak utrudnionej komunikacji. Z czwartym zaczęliśmy prowadzić debaty – Concilium Civitas – które doznały rewolucji i podczas wtorkowych dyskusji połączyły naukowców z całego świata. Lektoraty w wydaniu online chwalili wszyscy – „robię tyle samo, a oszczędzam sobie wędrówki do centrum dwa razy w tygodniu” – mówi mój kolega ze studiów. Tylko teorii spiskowych i niezadowolenia zaczęło przybywać.

Finisz. Było ciężko. Problemy z koncentracją, zmęczenie, apatia, brak motywacji i problemy z mobilizacją. Brak kontaktu z drugim człowiekiem, zoom fatigue, poczucie marnowania czasu i potencjału – najczęściej naraz. Zmęczenie nas ogarnęło i zdominowało. Ten sam kolega, który chwalił e-lektoraty, teraz przyznaje mi rację – „mam problemy z mobilizacją”. Zgodnie stwierdzamy, że jesteśmy w stanie skupić się maksymalnie na jednych zajęciach dziennie. Wymaga to od nas tyle energii, że później jesteśmy do niczego. Nasza uwaga topnieje szybciej niż lodowce w XXI wieku. Pierwsze 30 minut próbujesz, drugie 30 min słuchasz jednym uchem, trzeciego już nawet nie pamiętasz. Audycje prowadzone przez internet – radio zostały zamknięte wraz z uczelnią – straciły cały urok.
Myślałem, że przedrostkiem, który zdominuje XXI wiek będzie „pro” – wszyscy musieli być prolife, proeko, proklimat, prokościół, propatriotyczni, prożydowscy, prokobiecy. Teraz już wiem, że XXI wiek zmierza w kierunku dominacji przedrostka „e”. E-wykład, e-learning, e-lekarz, e-spotkanie, e-praca, e-życie, e-problemy.

Co teraz. Mi pozostał dziennik pandemii, który liczy już prawie 3 miesiące. A w nim wszystkie przeżycia, emocje, znoje i niekończące się zmiany, bo świat to stałość chwil i ulotność zmian. I do tego się trzeba adaptować – pandemia jedynie potwierdziła tę starą chińską mądrość. Jakie zmiany nas czekają, dobre pytanie. Nie wierzę w rewolucję, oczekuję ewolucji. Nasz zacofany system edukacji nie dokona przeskoku rodem z Powrotu do przyszłości. Jak powinna ona wyglądać, kiedy wrócimy do życia i rozpoczniemy Nową Normalność? Otwierające się od przyszłego semestru szkoły staną przed poważnym dylematem – co zrobić z nabytym podczas pandemii e-doświadczeniem e-edukacji. Zanim otworzy się oświata, otwierają się siłownie. Weźmy z nich przykład. Potraktujmy e-learning tak, jak kulturysta traktuje suplementy i jak głosi na nich napis – Suplement diety nie może być stosowany jako substytut zróżnicowanej i zbilansowanej diety.