„Wiemy, że już nie będzie powrotu do tego samego świata, który opuściliśmy w marcu” – Dr Małgorzata Bonikowska o nowej rzeczywistości. 

Taisiia Prosvirova: Czy już teraz możemy obserwować trendy – wskazujące na to jak będzie wyglądać świat po koronawirusie? 


Małgorzata Bonikowska, politolog, doktor nauk humanistycznych, prezes ośrodka THINTANK i Centrum Stosunków Międzynarodowych: Zdecydowanie. Wszyscy wiemy, że już nie będzie powrotu do, całkowicie, tego samego świata, który opuściliśmy w marcu. Teraz dokonujemy pewnych przewartościowań. Na pewno będziemy kupować mniej, może będziemy też częściej pożyczać. Zamiast chcieć mieć  samochód, na przykład, to możemy go z kimś współdzielić. Myślę, że to będzie duży trend na rynku towarów bardziej luksusowych, większych i droższych.  Koronawirus uświadomił nam bowiem, że inne rzeczy są ważniejsze w życiu. Na przykład więzi międzyludzkie to jest  wartość, na którą chcemy mieć czas. I myślę, że duchowość teraz się powoli odnawia, dlatego że widzimy choroby, widzimy śmierć. Pojawia się wtedy refleksja nad sensem życia, nad tym, co tak naprawdę chcemy po sobie zostawić. Myślę, że na tym może zyskać troska o stan planety, o środowisko naturalne. 

TP: A czy możemy mówić o jakichś trendach w geopolityce? Pojawia się dużo publikacji alarmujących, że czeka na nas powrót do autorytaryzmu, a demokracja będzie podważana…

MB: W czasach pandemii rządzący musieli zareagować radykalnie, kierując się względami zdrowia publicznego. W autorytarnych reżimach takie decyzje  przechodzą łatwiej, ale w demokracjach są  bolesne, bo to jest oddanie części swojej wolności albo podporządkowanie się w imię wyższej konieczności. Na to się ludzie w krajach demokratycznych zgodzili, ale jest to zgoda tymczasowa. Trzeba przyznać, że niestety, nawet w państwach unijnych niektórzy rządzący odbierają demokrację jako utrudnienie w sprawowaniu władzy. Tacy politycy mogą mieć pokusę, żeby część z tych nadzwyczajnych uprawnień zostawić sobie na dłużej. Gdzieś po drodze może się więc nam zgubić kawałek naszej wolności.

 

TP: W Europie, na przykładzie Polski i Węgier, możemy obserwować pewne nadużycia władzy. Czy w odpowiedzi na takie działania Unia wprowadzi sankcje?

MB: W okresie pandemii obywatele się zgodzili na nadzwyczajne uprawnienia rządów. Nie było więc uzurpowania władzy czy zamachu stanu. Jednak potrzeba chwili nie może oznaczać nadużywania władzy w okresie po pandemii. Niedługo więc zobaczymy czy sytuacja wróci do normy. Zwłaszcza w państwach takich jak Polska czy Węgry, gdzie rządzące obecnie ugrupowania mają tendencje do reprezentowania tylko jednej części społeczeństwa i narzucania swej woli pozostałym. 

TP: Czyli wszystko będzie wiadomo dopiero po zakończeniu pandemii?


MB: Raczej będzie to wiadomo jeszcze w trakcie jej trwania, bo odmrażanie gospodarki już ruszyło. Pandemia będzie na pewno nam towarzyszyć przez kilkanaście miesięcy, natomiast powrót do normalności już się zaczyna z pewnymi innowacjami — chodzenie w maskach, zachowywanie dystansu, ograniczenie liczby osób w jednym pomieszczeniu. I to samo będzie dotyczyło wszystkich restrykcji, czyli rząd będzie musiał wrócić do funkcjonowania państwa demokratycznego. Parlament będzie musiał się zbierać, nie będzie można rządzić dekretami czy kontrolować obywateli na ulicach. I wtedy zobaczymy, czy przepisy, które wprowadzono niby na czas epidemii, zostaną w mocy, czy nie sięgnie się zbyt daleko do naszej wolności.


TP: Mówiła Pani o gospodarce. Czy można już teraz ocenić, jak wielkie będą straty Unii w porównaniu do innych części świata?



MB: Trudno to dziś dokładnie wycenić, ale wiemy na pewno, że czeka nas globalny kryzys gospodarczy. Wiemy też, że kryzys będzie większy niż ten z lat 2007-2008, być może będzie tak głęboki, jak kryzys lat 30. Po pierwsze, widzieliśmy całkowite zatrzymanie albo zminimalizowanie aktywności niektórych branż, zamrożenie przychodów. Należy niestety oczekiwać, że część przedsiębiorstw zbankrutuje, przetrwają tylko najwięksi, najsilniejsi lub najsprytniejsi. Po drugie, widzieliśmy, że ograniczenia w wychodzeniu do miejsc publicznych, które obowiązywały w pewnym okresie, spowodowały, że ludzie mniej kupowali i zamawiali mniej usług. To działa niestety jak lawina: w dłuższej perspektywie uderzy we wszystkich. Nawet właściciele i pracownicy firm  informatycznych, farmaceutycznych czy przewozowych, którzy dziś mają czasowo  nawet więcej przychodów, za pół roku mogą boleśnie odczuć mniej zamówień, bo ich klienci z innych branż, bardziej dotkniętych kryzysem, nie będą mieli czym płacić, więc ograniczą zamówienia. A jednocześnie – zubożeją państwa, bo jeżeli wszystkie sektory gospodarki będą obciążone spadkami, będzie mniej wpływów do budżetu z podatków. 

TP: Oprócz nadchodzącego kryzysu gospodarczego i koronawirusa, co jeszcze zagraża Unii?



MB: Pomyślmy o Unii jako o wielkiej rodzinie złożonej z 27 osób. Jeżeli jest między nami rodzinna więź, wtedy sobie wzajemnie pomagamy. A może się zdarzyć, że jakiś członek naszej rodziny dojdzie do wniosku, że woli sam rozwiązywać ten problem. Jeżeli ma na przykład leki czy maseczki, to je trzyma  dla siebie. Odczuwamy ten brak jedności, brak solidarności europejskiej. A jednocześnie, niektórym politykom państw członkowskich Unia wyraźnie przeszkadza. Woleliby nie musieć  konsultować się z nikim innym i rządzić samodzielnie.



TP: Ale jeśli naprawdę dojdzie do takiej, jak pani mówi, rodzinnej kłótni, czy może nas czekać kolejny „…exit”?

MB: Nasza europejska rodzina jest duża. Co więcej, członków tej rodziny mamy w różnym wieku. Niektóre państwa, jak na przykład Włochy czy Francja, są w tej organizacji od początku, od lat pięćdziesiątych zeszłego stulecia – czyli można symbolicznie powiedzieć że  już mają ok 70 lat. Są też takie państwa jak Polska, których staż wynosi dopiero 16 lat. A wszyscy wiemy, że to wiek trudny, często się wtedy buntujemy, nie chcemy nikogo słuchać. Jednocześnie siedemdziesiątka na karku też ma swoje słabości. Kostniejemy, mamy swoje przyzwyczajenia, i też nie chcemy słuchać, bo mamy swoje utrwalone przekonania.  

Kłótnie w rodzinie zawsze występują, nie w tym więc problem. Zasadnicze pytanie jest takie – czy uda się zachować spójność naszej europejskiej rodziny. W życiu przecież dzieci dorastają i wyprowadzają się z domu, często wtedy rozluźniają więzi z pozostałymi członkami rodziny. Nie wiemy czym się ostatecznie skończy brexit, bo mamy na razie okres przejściowy. Nie ma teraz możliwości prowadzenia efektywnych negocjacji nowej umowy, ale rząd brytyjski nie zmienia retoryki i nie zapowiada wydłużenia tego okresu. Grozi nam więc twardy rozwód. 

Jednocześnie, okres pandemii nie sprzyja exitom. Bycie w rodzinie daje przecież poczucie większego bezpieczeństwa…  I wyzwala dodatkową energię do działania razem. Ten proces się już zaczął w Unii Europejskiej – zwieramy szeregi, mobilizujemy siły, wspólnie odpowiadamy na zagrożenie zarówno pandemią, jak i kryzysem gospodarczym.


TP: Jeżeli te rodzinne kłótnie  będą się toczyć nadal, kto na tym najbardziej zyska? Kto chciałby widzieć słabą Unię? 

MB: Słaba UE jest dobra dla wszystkich tych, którzy źle życzą Europie i Zachodowi w ogóle. Stanom Zjednoczonym nie zależy na osłabieniu Europy, bo wtedy osłabią też  swojego sojusznika, czyli także osłabią   siebie. Natomiast są państwa na świecie, które nie postrzegają Unii jako sojusznika tylko jak rywala albo wroga. Na przykład  Rosja tworzy alternatywne projekty polityczne i dąży do rozbicia wewnętrznego Unii. Coraz aktywniejsze w Europie są też Chiny, które chcą z kolei ją odciągnąć od Stanów Zjednoczonych. 


TP: Czy przyjmowanie nowych członków do UE zostanie na jakiś czas wstrzymane z powodów koronawirusa?



MB: Polityka rozszerzania UE jest nadal kontynuowana, ale będzie powolna, nie ma bowiem teraz dobrego klimatu do przyjmowania kolejnych członków. Mamy pandemię, trwający Brexit, który jest dodatkowym obciążeniem, a przed nami kryzys gospodarczy i zawirowania społeczne. Jednocześnie Unia podkreśla, że chce się rozszerzyć na kraje Bałkanów zachodnich, tylko nie wiadomo kiedy. 

TP: Nadal mamy trwającą wojnę w obszarze Europy. Jak koronawirus może wpłynąć na dalszy przebieg konfliktu w Donbasie?



MB: Sytuacja na Ukrainie zaważyła w bardzo zasadniczy sposób na relacjach między UE, a Rosją. Od zajęcia Krymu i rozpoczęcia wojny w Donbasie  postrzeganie Rosji się zmieniło – przestała być partnerem, a stała się zagrożeniem. Wykluczono ją z G7, wprowadzono sankcje i udaje się je nadal utrzymywać… Ta jednomyślność UE w tej kwestii jest   godna zauważenia, to wielkie osiągnięcie Unii. Jednak w obecnej sytuacji, kiedy cały świat jest dotknięty koronawirusem, a jednocześnie nasila się napięcie między USA a Chinami, wiele spraw odchodzi na dalszy plan. Coraz częściej słychać w Europie głosy, że warto z Rosją rozmawiać i postarać się ocieplić relacje. 


TP: Przez wojnę w Donbasie bezpieczeństwo stało się jednym z priorytetów Unii. Jakie są perspektywy stworzenia wspólnej europejskiej armii? Czy ona może, w jakiejś perspektywie czasu, zastąpić NATO?

 

MB: Bezpieczeństwo nie jest pojęciem związanym tylko z armią. W XXI wieku zagrożenia mają także kilka innych wymiarów. Brak niezależności energetycznej, masowe migracje, wojny informacyjne oparte na szerzeniu dezinformacji są nie mniej poważnymi zagrożeniami. Do tego teraz doszły również pandemie. I jeszcze bardziej wzrosło znaczenie cyberbezpieczeństwa, bo wiele aktywności ludzi i państw przeniosło się do Internetu. W tym kontekście również reformuje się NATO. Czyli rozumienie zagrożeń się zmienia. Wojny XXI wieku nie muszą polegać na działaniach konwencjonalnych – być może będą się rozgrywać w przestrzeni wirtualnej, co nie znaczy, że będą mniej bolesne. 

TP: Wiem, że sytuacja, w której się znaleźliśmy, jest wyjątkowo groźna, ale czy ta pandemia może mieć dla ludzkości jakieś pozytywne skutki?



MB: Każdy kryzys przynosi za sobą wiele tragedii, ale też ogromne nadzieje i nowe możliwości. To jest taki czas, kiedy nagle nie możemy działać schematycznie, bo wszystkie schematy padły. Więc wyzwala się kreatywność, przedsiębiorczość, zaradność, innowacyjność. Często w czasach kryzysu możemy osiągnąć coś, co wcześniej było trudne do osiągnięcia. Na przykład nauczanie w trybie online – przez lata nie udawało się tego wprowadzić, a pandemia to wymusiła w kilkanaście dni. Kryzysy budzą nas z letargu. 

Taisiia Prosvirova